“Nie wszystkie prawdy są dla wszystkich uszu.” (Umberto Eco “Imię róży”)

Sierpień 28th, 2010

Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to, co skuteczne ad hoc, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne, a spychać na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Ta tendencja jest stara. Nowe jest to, że nie umiemy się jej przeciwstawić. W XIX w. był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś.

Tadeusz Gadacz Nie ma szczęścia bez myślenia, „Polityka” wydanie specjalne, 6/2010.

fascynacja (łac. fascinatio ‘zaczarowanie; oczarowanie’ od fascinare ‘czarować’. ) – oczarowanie, olśnienie, urok, urzekający wpływ.

Pamiętam kolegów mojego ojca, wyciągających z szuflad stare klasery z takim namaszczeniem, jakby Najświętszy Sakrament wyjmowali. Mogliśmy jedynie oglądać, jak przewraca strony i opowiada o każdym z tych obiegowych , postemplowanych znaczkach całe historie, od kogo przysłany, za co wymieniony, jak długo szukany. Układane seriami. Między nimi puste miejsca na te wciąż poszukiwane. Inni walczyli zaciekle z żonami o kolejną szufladę na kartony z pocztówkami. Pamiętam błysk ich oczu, czułość ręki wygładzającej i czyszczącej z kurzu skarby. Te pijane radością spojrzenia zaczarowanych „dorosłych dzieci”.

Pamiętam, jak pierwszy raz trzymałem w dłoni modlitewnik z XIX wieku, jak patrzyłem na te pozłacane brzegi, metalowe rogi i klamrę, jak sprawdzałem zapach starych wieków. I wiem jak dziś patrzę na szwedzkie wydanie Biblii z 1876 roku. Nie rozumiem ani jednego słowa, ale czytam, każdą literę tego specyficznego gotyckiego pisma. I wącham karty tak jak kwiaty zebrane i podtykane mi pod nos przez córki. Wtedy panuje cisza niczym niezmącona, czar przenosi mnie w jakieś nieokreślone miejsce, w moje własne wonderland.

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się ze skrybami w „Imieniu róży” Umberto Eco. Wyobrażałem sobie ich żmudną pracę, jakże wtedy trudną. Wyobrażałem sobie jak wręcz malują te książki, każdą pojedynczą literkę. Już wtedy urzekały mnie inicjały. Czy „dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały”? (Bernard z Morlay)

Dziś urzekają mnie zaczarowani ludzie, kolekcjonuję osoby zafascynowane, czymkolwiek, poświęcający każdą wolną chwilę na swój magiczny świat. „Badaj twarze, nie słuchaj tego, co mówią usta” (Umberto Eco „Imię róży”). Więc zbieram, badam, przewracam ludzkie kartki, błysk zauroczonych oczu, efekty ich pracy. Szanuję,  podziwiam ich i cieszę się jak dziecko gdy osiągną coś, czego ja nie potrafię, bo to mnie urzeka, czaruje, fascynuje i jako intelektualnego pasożyta karmi.

Może dlatego w dzisiejszym szybkim świecie, gdzie nie ważne jak, byle szybko coś zrobić, byle łatwiej i taniej, byle przejść do następnej edycji, fascynują mnie „szare eminencje” Wikiźródeł, przepisujące stronę za stroną, poprawiające wielokrotnie inicjał, bo rozmiar czcionki nie jest jeszcze zbliżony do skanu. Bo to co skuteczne, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne spycha na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Bo pojawił się we mnie humanistyczny deficyt. Bo gdy “nocne WYPYCHANIE PTAKÓW” i “nocne KURSY STENOGRAFII” trwają, wiem że nie pojedzie zaczarowana dorożka bez zaczarowanego dorożkarza i zaczarowanego konia.

W polskich Wikiźródłach uruchomiono 100 projektów Proofread

Sierpień 24th, 2010

wrzawa oklasków, stukania butów o parkiet, poklepywania po plecach, okrzyków i winszowań
Usiądźcie proszę.
Nie zaprzeczam, jest to powód do radości i gratulacji, gdyż 100, gdyż proofread, gdyż tak niewielu tak wiele zrobiło. Także dlatego, że Wikiźródła stają się coraz ciekawsze, coraz bardziej urozmaicone, że na naszych półkach coraz to ciekawsze pozycje.
Z racji tego, iż niejednokrotnie miałem okazję świętować okrągłe rocznice (dziesiątki, setki, a i tysiąclecie jakieś po drodze się trafiło), pozwolę sobie entuzjazm pozostawić innym, a samemu trącić lekką nutką cynizmu. Taka mała pęknięta świeczka na torcie.
Liczba 100 przypomina mi zasadę, iż nie w ilości lecz w jakości siła, że nie sztuką jest uruchomić, zeskanować, ściągnąć i przesłać pliki. Sto “uruchomionych” lecz nie “zakończonych” projektów przypomina mi o ogromie pracy i odpowiedzialności za projekt.
Ogrom pracy, gdyż Wikiźródła nadal chronicznie cierpią na brak sił roboczych, a digitalizacja to nie jedynie przepisywanie i korygowanie przepisywanych tekstów, to także wielogodzinne rozmowy IRCowe, dyskusje na Skryptorium, czy “łamanie głów” nad problemem technicznym, prawidłowym układem stron lub sposobem wstawienia liter współcześnie już w alfabetach nie istniejących. Ostatnio coraz częściej daje też znać o sobie brak stałej, “technicznej” opieki, czuwającej nad projektem. Nie mam zamiaru ujmować tu osobom dotychczas pomagających w kwestiach technicznych, lecz mam na uwadze fakt, że są to osoby zaangażowane także w inne projekty i ich czas i możliwości nie zawsze pozwalają być im obecnym “na żądanie”.
Setny projekt to też dla mnie znak odpowiedzialności, bo nie sztuka uruchomić nawet tysięczny czy milionowy, a następnie pozwolić mu uschnąć. Straciłaby na wartości cenna praca garstki skrybów, którym w sierpniu udało się zamieścić kompletny tekst “Boskiej komedji” Dantego, gdybyśmy na tym poprzestali. Pozostało jeszcze wiele stron do uwierzytelnienia, nie jedynie kliknięciem na odpowiedniej zielonej ikonce, lecz przez sumienne sprawdzenie przepisanego tekstu ze źródłem. Tak, jak każda wprowadzana strona winna budzić w nas odpowiedzialność za naszą pracę.
Siła polskich Wikiźródeł to nie ilość beztrosko wprowadzonego tekstu, stron, projektów, “bo i tak jeszcze dwie osoby co najmniej po mnie muszą to sprawdzić”. Siłą i reklamą Wikiźródeł może być jedynie jakość naszej pracy, nawet pojedyńczy projekt, uruchomiony i zakończony tak, jak przystało na książkę, “od deski do deski”.

Wikiźródła, czym są i w jakim celu? Próba odpowiedzi na pytania nie tylko czytelników.

Sierpień 16th, 2010

Przyszło mi, jako jednemu z najmłodszych stażem redaktorów, napisać tę notkę. Można powiedzieć, że nie jest potrzebne tłumaczenie, po co i dlaczego Wikiźródła, wystarczy odesłać do odpowiedniej podstrony Pomocy. Jednak najczęściej spotykam się z tym pytaniem właśnie od wikipedystów i wikiskrybów.
Wikiżródła mają na celu zebranie i stworzenie zbioru wolnych tekstów źródłowych za pomocą stron Wiki (dla niewtajemniczonych to specyficzne strony internetowe, które można nie tylko oglądać, ale też tworzyć, edytować i zmieniać za pomocą przeglądarki internetowej umożliwiające wspólną pracę wielu użytkowników).
1. Dlaczego tracimy czas na przepisywanie i korektę skanów, dlaczego przepisujemy tekst z plików w formacie PDF? Przecież wystarczy zamieścić odpowiednie skany dokumentów na Wikimedia Commons i czytelnik sam ściągnie lub przeczyta sobie teksty, których poszukiwał. Jednak osoba ta nie będzie mogła bez żadnych problemów wykorzystać tych materiałów. Z naszych stron użytkownik może wydrukować, skopiować, ściągnąć teksty szybko i bez obaw, że łamie prawa autorskie. Nauczeni ostatnio doświadczeniem przy kłopotach ze „Słownikiem geograficznym Królestwa Polskiego…” (patrz Teukros’s Blog “O pewnym słowniku”) oraz beztroską z jaką internetowe biblioteki cyfrowe zamieszczają i opisują skany tekstów, jesteśmy bardzo czujni przy dodawaniu materiałów.

Teksty ze skanów są często nieczytelne. Na Wikiźródłach nad tekstem, nad konkretną stroną, pracują minimum trzy osoby. Służy to temu, by tekst był wiernie przepisany, by uniknąć błędów. Dzięki temu też jest łatwiejsze odczytanie fragmentów „wątpliwych”. Może się posunę trochę za daleko, ale przepisywanie tekstów pozwala nam też na drobne, w miarę na nasze możliwości oraz z wyczuleniem na wierne oddanie tekstu, opracowanie w formie dodania przypisów, dotyczących czy to błędów w druku, czy wyjaśnienia słów dziś nie istniejących lub zanikających w języku polskim.
2. Dlaczego wciąż ta staropolszczyzna, wstawcie jakiegoś Dumas’a, Verne’a. Tu znów pojawia się problem prawa autorskiego. Prawo to dotyczy każdej formy działalności pisarskiej, także opracowań i tłumaczeń. Ściślej to ujmując, żeby dodać bez żadnej odpowiedzialności prawnej i w pełni wolne zasoby na Wikiźródła, wedle prawa w Polsce musi minać minimum 70 lat od śmierci nie tylko autora, lecz także autora wstępu, opracowania, tłumacza. Także od śmierci autora listu zamieszczonego w tekście w formie cytatu. W ostatnich dniach poszukiwaliśmy pilnie daty śmierci Leona Kozłowskiego, autora listu zamieszczonego w „Elegiach i innych pismach literackich” Stefana Żeromskiego. Ku naszej radości autorem był nie premier II Rzeczpospolitej, a znacznie starszy krytyk literacki.

W związku z tym nawet tłumaczenie literatury obcojęzycznej będzie trącić co najmniej lekko staropolszczyzną.
3. Dlaczego wobec tego nie tłumaczymy sami tekstów na współczesną polszczyznę? To wynika z założeń tego projektu. Zbieramy i tworzymy zbiór wolnych tekstów źródłowych. Naszym celem jest wierne oddanie tekstu źródłowego. Umożliwia to czytelnikom sięgnięcie do tekstu takiego, jakim był pierwotnie. Pozwala na ubogacenie swojego języka (tu naprawdę będę walczył jak lew – staropolszczyzna wg mnie ubogaca a nie zubaża dzisiejszy, jakże przesiąknięty anglicyzmami język). Uniemożliwia to natomiast tak zwaną „radosną twórczość własną” potencjalnych tłumaczy i zapobiega związanej z tym dodatkowej korekcie tekstów tłumaczonych. Dozwolone są co prawda tłumaczenia wikiskrybów, lecz pilnujemy by dotyczyły tekstów które nie były dotąd tłumaczone na język polski.