Każdy z nas jest niepowtarzalny i na swój sposób niezastąpiony – rozmowa z Wieralee, redaktorką Wikiźródeł

Kwiecień 19, 2013

„Korygowanie książek na Wikiźródłach jest bardzo łatwe – a efekt widoczny, trwały – i potrzebny innym. Gdy czytam książkę w domu – robię to tylko dla siebie. Gdy czytam książkę na Wikiźródłach, przy okazji ją korygując – robię to dla wielu osób. Satysfakcja jest większa.”

Tommy Jantarek: Jako zarejestrowany użytkownik swoją pracę na Wikiźródłach zaczęłaś 16 grudnia 2012 – od drobnych poprawek przy literówkach oraz interpunkcji przy drugim tomie „Poezji” Adama Mickiewicza. Dziś, po czterech miesiącach, jesteś jedną z najaktywniejszych użytkowniczek tego projektu. Zdradzisz, co Cię przyciągnęło do Wikiźródeł wśród innych projektów Wikimedia?

Wieralee: Nie mogę sobie właśnie przypomnieć, jak trafiłam na Wikiźródła. Ale patrząc po pierwszych edytowanych przeze mnie stronach, zapewne szukałam jakiegoś cytatu z Mickiewicza. Trafiłam na stronę z błędem, więc go poprawiłam, tak, jak to zazwyczaj robiłam na Wikipedii – czasami poprawiałam przy czytaniu haseł przecinki, czy ortografię. To w sumie zrządzenie losu, że trafiłam na nieskorygowaną stronę – bo gdybym trafiła na stronę bez błędów, zapewne przeczytałabym to, co mi było potrzebne i nie zostałabym tu dłużej. A tak jeden błąd, drugi, trzeci, czwarty… nie mogę ich wszystkich poprawić aż do dziś. Więc na pewno przypadek.

Zawsze dużo czytałam, codzienny kontakt z książką jest dla mnie bardzo ważny. Dodawanie i korygowanie książek na Wikiźródłach to taki rodzaj przygody z książką, po którą sama bym raczej nie sięgnęła. Mało kto dziś czyta dla rozrywki Mickiewicza czy Kochanowskiego, prawda? Gdy wchodzę do księgarni, okładki próbują się sprzedać na jeden z tysięcy sposobów – są więc okładki z krzykliwą urodą, i te delikatne, pastelowe. Kuszą zdjęciami, kolorami, każda na swój sposób próbuje nas zachęcić do siebie. Wszystkie błyszczące, nowe – i w pewien sposób sztampowe.

Na Wikiźródłach spotykam książkę zapomnianą… śmiesznie niemodną i niespieszną. Książki, w których są opisy przyrody, roślin, zwierząt… prawdziwe opisy – próbę przekazania obrazu słowem. Dziś, w dobie telewizji każde dziecko jest w stanie odróżnić lemura od goryla, ale kiedyś? Kiedyś trzeba było to wszystko ubrać w słowa – i te opisy bardzo dziś wzruszają… To samo z opisami emocji czy uczuć, także już dziś niemodnych…

Gdyby nie Wikiźródła, sięgałabym po książki nowe, bardziej atrakcyjne wizualnie, lecz często mniej dopracowane literacko. Książki, które pisane są z góry jak scenariusz filmowy – koniecznie utrzymują tempo, w odpowiednich odstępach czasu zaskakują zwrotami akcji – i koniecznie błyskotliwymi, ciętymi ripostami. Książki, w których główny bohater jest absolutnie wyjątkowy – najbogatszy, najmądrzejszy, najbardziej uzdolniony i obdarzony nadzwyczajnymi umiejętnościami. Książki, które przenoszą nas w coraz atrakcyjniejsze miejsca i światy… A naprzeciw tego Wikiźródła z książkami o zwykłym człowieku, zwykłym, ciężkim życiu – pokazujące nam to, czego wolelibyśmy nie widzieć… Książki, które nie kończą się szczęśliwie, opisujące miejsca i ludzi, których co prawda także już nie ma – ale były… Książki z niezwykłą puentą – bo tą, którą napisało życie…

Co sprawia Ci największe problemy podczas pracy na Wikiźródłach?

Prawa autorskie, prawa autorskie, prawa autorskie… Gubię się w niektórych zagadnieniach, dlatego rzadko sama dodaję nowe książki.

Jakiej książki czy autora nie chciałabyś opracowywać lub robiłabyś to z wyraźną niechęcią?

Nie lubię aktów historycznych gęsto przetykanych łaciną – nie znam tego języka i nie czuję się na tym gruncie bezpiecznie. Unikam też kontaktu z umysłami psychopatycznymi – nie wzięłabym się za korygowanie pism totalitarnych, nawołujących do niszczenia innych ludzi. Nie korygowałabym biografii seryjnych morderców, bądź też poradników o psychomanipulacji.

Z tych samych powodów wolałabym nie korygować książek o holocauście. Tak, wiem, że świat powinien poznać tę prawdę, ale – pomimo tylu ofiar – uważam, że środek ciężkości jest przesunięty w stronę uniemożliwiającą poczucie wspólnoty z tymi ludźmi. Należę do rocznika, u którego egzaminy wstępne do liceum zbiegły się z rocznicą wybuchu wojny, a matura z rocznicą wybuchu powstania w getcie warszawskim. Wobec takich „pewnych” rocznic przez cztery lata liceum uczono nas, jak się Żydów prześladowało i zabijało na dziesiątki różnych sposobów – od Mendla Gdańskiego po Nałkowską, Szczypiorskiego i Hannę Krall… Dopiero wiele lat później natknęłam się przypadkiem na książki Singera i Giny Nahai – byłam zaskoczona bogactwem tej kultury, zwyczajów, przesądów… Ale nie uczy się nas tego, kim byli Żydzi – i jaki mieli wkład w życie publiczne – uczy się nas tylko, jak się ich biło i zabijało.

Wobec tego jakie pozycje Ci się marzą?

Cóż, jeśli tylko Wikiźródła przetrwają – to każda książka w końcu może do nich trafić. Ale z niecierpliwością czekam na uwolnienie praw do książek Korczaka i Dąbrowskiej. Czekam też na uwolnienie praw do poezji Baczyńskiego, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Tuwima, Lechonia, Wierzyńskiego… Już niedługo.

Nie pytam o utwory dramatyczne, bo przepisanie i sformatowanie ich na Wikiźródłach jest jednym z trudniejszych zadań. Z czym wolisz pracować, poezją czy prozą?

Lubię zabawę słowem – więc stanowczo poezja. Przekonałam się, że nawet autorzy, którzy piszą w szkolny sposób – potrafią czasami zaskoczyć celnością lub niezwykłym uchwyceniem nastroju chwili. To taka perełka znaleziona czasem po przejrzeniu kilogramów pustych małży… Dlatego staram się nie nastawiać z góry – i nie uprzedzać do autorów, którzy wydają mi się nazbyt przewidywalni.

Użytkownicy korzystają z różnych technik przepisując strony: jedni przepisują ręcznie, inni korzystają z OCR, jeszcze inni odszukują i wykorzystują dostępne teksty dokonując tylko ich obróbki tak, by były zgodne ze skanem. Jaki sposób pracy Ty stosujesz?

Lubię szybki efekt – więc na pewno OCR. Naturalnie, jest to sposób dający w efekcie końcowym więcej błędów – ale pamiętaj, skąd się wzięłam na Wikiźródłach. Czasami błędy są całkiem pożyteczne. Poza tym trzeba pamiętać o tym, że po dodaniu strony książki będą ją sprawdzać jeszcze dwie osoby – więc będzie im milej, gdy znajdą jakiś błąd, zobaczą efekty swojej pracy. Może to politycznie niepoprawne, ale lubię korygować to, co ma błędy. Jeśli sprawdzam po kimś, kto błędów niemal nigdy nie robi – szybko to porzucam, nie czuję się potrzebna. Dlatego też nie mam obsesji doskonałości – pracujemy w zespole – i jestem pewna, że jeśli czegoś nie wyłapię, nie skoryguję – to zrobią to inni.

Każda książka, a w zasadzie każda jej strona na Wikiźródłach jest opracowywana przez trzech różnych redaktorów. To pozwala na uniknięcie błędów w przepisywaniu. Większość z nas, jeśli nie wszyscy, korzystając z okazji zaczytuje się w opracowywanych książkach. Osobiście wolę przepisywać i tworzyć nowe strony, co pozwala mi się skupić na treści, niż korygować i uwierzytelniać przepisane przez kogoś strony. Który etap prac Ty preferujesz, w którym momencie pracy nad książką najlepiej się czujesz?

Raczej nie czuję różnic.  Szybko się nudzę, więc lubię „przeskakiwać” pomiędzy różnymi projektami. Codziennie też staram się też zrobić choć jedną rzecz z poczucia obowiązku – czyli taką, której nikt nie lubi robić – i która już od lat czeka na ochotników.

Każdy etap pracy nad książką ma swoje zalety. Przy dodawaniu nowej książki mamy największy wpływ na jej końcowy kształt, gdy korygujemy – praca idzie szybko i mamy satysfakcję z każdego poprawionego błędu, gdy uwierzytelniamy – mamy świadomość, że kończymy pracę nad książką – i że do naszego zbioru ukończonych projektów dojdzie jeszcze jedna pozycja.

Jednak najwięcej czasu zajmuje mi przygotowywanie grafik. Jest to zarazem najbardziej neuralgiczny dla mnie etap tworzenia – bo zawsze prześladuje mnie pytanie, czy zrobiłam to dość dobrze… Dlaczego „dość dobrze”? Nigdy nie uczyłam się obróbki grafik komputerowych – i to, co robię, jest efektem wielu godzin prób i błędów. Odzyskiwanie grafik ze skanów pożółkłych, zniszczonych książek ma swoją specyfikę. W tym temacie obowiązuje zasada „20% pracy daje 80% efektu” – i często zastanawiam się, czy czas, który poświęciłam danej grafice, był wystarczający, czy efekt końcowy przekroczył próg akceptowalności? Czy może powinnam poświęcić danej grafice więcej czasu? Średnio przygotowanie jednej grafiki zajmuje mi około 20 minut – może należałoby wydłużyć ten czas do 30 minut? Z drugiej strony pocieszam się myślą, że lepsza grafika średnio dobra, niż żadna – a jeśli trafi nam się na Wikiźródłach grafik z powołania – to w każdej chwili może zamienić moje wypociny na ich lepsze wersje.

Projekty wiki może edytować każdy. Wiąże się to z tym, że rozpoczynając pracę nad projektem na Wikiźródłach jako pierwsza, zapoznajesz się z układem książki, obmyślasz, jak najwierniej oddać ten układ w postaci przepisanego tekstu. Jednak każdy kolejny edytujący może to zmienić i to niekoniecznie zgodnie z Twoją pierwotną wizją. Czy to Ci nie przeszkadza?

W 99% przypadków – cieszę się, że ktoś mi pomaga. Ale cóż, czasami – naprawdę bardzo, bardzo rzadko – bywa też, że w pierwszym momencie zrobi mi się przykro, gdy zobaczę, że ktoś zmienił moją wizję na inną, która… cóż, powiedzmy, że nie trafia mi do przekonania. Zawsze wtedy próbuję zrozumieć, czym kierował się skryba, który taką zmianę wprowadził. A potem myślę, że skoro zależało mu na tej sprawie na tyle, że chciało mu się dokonywać korekt, to dlaczego nie? Najważniejsze, by całej sprawy nie traktować osobiście. Zawsze staram się pamiętać to, co powiedział Camus: „Prawdziwa tragedia jest wtedy, gdy rację mają obydwie strony”. Dodałabym, że wtedy, gdy mają swoje racje i się przy nich upierają. Może faktycznie po zmianach projekt dla niektórych osób będzie ładniejszy, funkcjonalniejszy, bardziej przejrzysty? Może mój kąt widzenia w tej kwestii faktycznie jest niszowy? Zresztą… nawet jeśli moja wersja była lepsza, nawet jeśli tym razem ja miałam rację – czy to naprawdę jest ważne? Jeżeli codziennie z uprzejmości ustępujemy komuś miejsca w autobusie, przepuszczamy kogoś na skrzyżowaniu, w drzwiach czy w kolejce – to dlaczego miałoby być trudniejszym przełożenie tego na ustąpienie przed cudzą racją?

To chyba też sprawa pewności siebie – na początku sprawdzałam bardzo wnikliwie, co zostało zmienione w edytowanych przeze mnie stronach. Dużo się dzięki temu nauczyłam. Dziś tych stron jest zbyt dużo, by je nadal śledzić, więc najczęściej nie oglądami się wstecz – skupiam swoją uwagę na tym, co przede mną – i idę dalej. A jeśli się zdarzy, że komuś bardzo zacznie zależeć na tym jednym, konkretnym projekcie, w którym aktualnie jestem – niech go przejmie, ja chętnie się wezmę za następny. Wikiźródła są światem pełnym obfitości. Dla każdego znajdzie się miejsce. Teraz, gdy lepiej już znam innych wikiskrybów, mam wrażenie, że każdy z nas jest niepowtarzalny – i na swój sposób niezastąpiony. Dywersyfikacja jest naszą siłą, a nie problemem.

Obecnie według Federacji Bibliotek Cyfrowych jest 95 dostępnych polskich bibliotek cyfrowych udostępniających skany swoich zasobów, są Wolne Lektury publikujące książki z Public Domain zredagowane przez ich redaktorów. Polskojęzyczne książki są dostępne w Google Books oraz Internet Archive, wiele skanów można też znaleźć w cyfrowych zasobach zagranicznych bibliotek. W tym zbiorze mamy Wikiźródła udostępniające skany książek wraz z przepisanym na podstawie skanów tekstem, w oryginalnym brzmieniu. Czy widzisz w tym wciąż rosnącym wzroście dostępu do wolnej kultury jakąś specyficzną rolę Wikiźródeł?

Oczywiście. Podchodzę z całym szacunkiem do projektów, które wymieniłeś – i korzystam często z wielu z nich, ale wśród nich jedynie Wikiźródła mają tę zaletę, że cały tekst książek do nich dodanych pojawia się w wyszukiwarce (Google). To niesamowita właściwość, która pozwala mieć wyrywkowy dostęp niemal do każdego napisanego i opublikowanego zdania. Fakt istnienia tego projektu w ramach Wikimedia daje nam też inne, niezwykle użyteczne narzędzia – świetne, darmowe oprogramowanie do korygowania i dodawania stron, a także wysoką wiarygodność – i wysokie pozycjonowanie w wyszukiwarkach. Sprawia to, iż każda godzina pracy poświęcona Wikiźródłom na pewno będzie dostrzeżona – sama byłam zdumiona, gdy zobaczyłam, iż niektóre strony Wikiźródeł mają kilkaset tysięcy wejść.

To bardzo miłe – mieć swój wkład w upowszechnianiu dzieł gigantów polskiej literatury – Sienkiewicza, Reymonta, Żeromskiego… Korygowanie książek na Wikiźródłach jest bardzo łatwe – a efekt widoczny, trwały – i potrzebny innym. Gdy czytam książkę w domu – robię to tylko dla siebie. Gdy czytam książkę na Wikiźródłach, przy okazji ją korygując – robię to dla wielu osób. Satysfakcja jest większa.

Marzę o tym, by polskie Wikiźródła przegoniły źródła dostępne w innych językach. Nieskromnie i szowinistycznie uważam, iż Polacy są potęgą w literaturze – i czas to światu pokazać. W dobie coraz lepszych tłumaczy internetowych coraz większa część myśli i skojarzeń polskich autorów będzie przenikać dalej… Dlatego staram się opracowywać głównie książki polskich autorów.

Martwi mnie trochę utopijność naszego projektu… Jeśli liczba dodanych przez nas stron będzie mała, już niedługo możemy zostać wchłonięci przez projekty komercyjne – jak grzyby po deszczu pojawiają się obecnie biblioteki cyfrowe oferujące za 20-złotowy abonament dostęp do kilku tysięcy poczytnych książek. To tylko kwestia czasu, gdy ten sposób dostępu do książek będzie wiodący.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że biblioteki komercyjne mają też minusy – najprawdopodobniej nie będą wykonywać pracy cyfryzacji książek zapomnianych, mało popularnych, niszowych. Poza tym – zawsze będą płatne… Na Wikiźródłach uruchomiliśmy już opcję pobierania książek – są one dostępne m. in. w formatach PDF i epub – można je więc pobrać na dysk komputera, bądź na komórkę – i czytać w miejscach bez dostępu do Internetu. Obecnie szukam sposobu, by pobieranie całych książek było jeszcze łatwiejsze.

Od paru lat cyklicznie na łamach prasy czy w Internecie, także na samej Wikipedii, przetacza się dyskusja o stosunkowo małej ilości edytujących projekty Wikimedia kobiet, często zarzuca się naszym projektom seksizm i męski szowinizm. Z moich obserwacji projektu od wewnątrz wynika jednak, że użytkowniczki, redaktorki projektów Wikimedia są wręcz hołubione. O wiele szybciej męska część reaguje na prośby współużytkowniczek i służy im pomocą. Jak to wygląda od z punktu widzenia kobiety-redaktorki? Jak Ty, jako kobieta, czujesz się pracując na Wikipedii czy Wikiźródłach?

Zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. Nie zetknęłam się dotąd z tą kwestią! Wydaje mi się, że różnica płci w tym miejscu nie istnieje? Nie zauważyłam też, by było nas, kobiet, aż tak mało – na Wikiźródłach praca idzie raczej po połowie. Ale to prawda, że cały czas czuję opiekę i wsparcie, naprawdę duże wsparcie bardziej doświadczonych skrybów. Zawsze czuję dla nich bardzo, bardzo dużo wdzięczności, gdy po raz n-ty poprawiają po mnie kolejną rzecz, którą przegapiłam, bądź o której zapomniałam… a jest tego sporo, niestety. Nigdy jednak nie usłyszałam złego słowa, nawet gdy bardzo mocno namieszałam. Często natomiast inni użytkownicy mnie pocieszają – i zapewniają, że nie ma sprawy, że wszystko da się naprawić, że zawsze można wycofać edycję. Czuję więc duży komfort, wiem, że zawsze ktoś mi pomoże – wystarczy poprosić. Co ja mówię – najczęściej nawet nie trzeba prosić.

Trzeba przyznać, że jednak nasze projekty cierpią na brak kobiecej ręki, właściwej kobietom rozwagi, obiektywizmu i estetyki. Dotąd spotykałem się z badaniami dotyczącymi powodów, dla których kobiety nie edytują. Zadam inne pytanie. Do jakich kobiet należałoby się zwrócić, wśród jakich osób należałoby szukać tak bardzo nam potrzebnych redaktorek?

Dla mnie to jakaś sztuczna kwestia – potrzeba nam po prostu więcej ludzi, po prostu ludzi, a nie redaktorek czy redaktorów… Myślałam nad tym, by stworzyć filmik na Youtube, który pokazywałby poszczególne etapy pracy nad edytowaniem – mało kto wie o tym, że jest to takie proste. Boję się jednak nagłego, niewspółmiernego przyrostu wandalizmów. Nie chciałabym też postawić naszego środowiska przed faktem dokonanym – jeśli taka rzecz powstanie, to powinna to być raczej decyzja wielu doświadczonych uczestników projektu.

Myślę, że na pewno metody Wikiźródeł powinny być nauczane na lekcjach informatyki w liceach o profilach humanistycznych, a także na studiach i w szkołach pomaturalnych – bibliotekarskich, polonistycznych, dziennikarskich. Byłoby to dla uczniów i studentów dobre ćwiczenie pokazujące ewolucję języka, które jednocześnie łączyłoby przyjemne z pożytecznym.

Wspomniałaś o prawach autorskich. Konwencja berneńska gwarantuje autorom minimalny okres ochrony autorskich praw majątkowych na 50 lat po śmierci. Jednak decydujące w tym względzie jest ustawodawstwo kraju. Przykładowo w Kanadzie, Egipcie czy Hong Kongu okres ten wynosi 50 lat, w Australii w stosunku do autorów zmarłych przed 1955 rokiem także, w Meksyku do dzieł powstałych po 23 lipca 2003 wydłużono ten okres do 100 lat. W większości krajów obowiązuje magiczna liczba 70 lat. Nie uważasz, że to zbyt długo, nawet jeśli wpływy z tego tytułu miały zabezpieczyć finansowo pierwsze pokolenie potomków autora? Nie jest to zbyt długi okres nawet jeśli chodzi o dochody firm, zajmujących się dystrybucją i promocją utworów?

Sprawę praw autorskich rozważam w sobie już od 7 lat. Nie jest to łatwa kwestia. Z jednej strony są autorzy, którzy są niezastąpieni – i mają prawo otrzymać wynagrodzenie za swoją pracę. Z drugiej strony – wydawcy, którzy inwestują w książkę własne pieniądze – wynajmują ilustratorów, grafików, edytorów, drukarzy, łożą na jej promocję… Ci wszyscy ludzie nie mogą pracować za darmo.

Z trzeciej strony są czytelnicy… wśród których są ci „lepsi” (mieszkający w dużych miastach) – i ci „gorsi” (mieszkający na wsiach i w małych miasteczkach). Praktycznie każdy mieszkaniec dużego miasta ma zapewniony bezpłatny dostęp do każdej książki w jednej z dziesiątków miejskich bibliotek – to tylko kwestia chęci i odrobiny czasu, nie pieniędzy. Natomiast mieszkańcy wsi, by mieć dostęp do jakiejś pozycji, muszą w takiej sytuacji jechać do dużego miasta, czasami nawet ponad 100, 150 km… – a i wtedy muszą za daną książkę założyć dużą kaucję… Nie ma więc mowy o bezpłatnym dostępie do książek – bilet/paliwo w obydwie strony, kaucja, kilka dobrych godzin jazdy… Chyba już taniej wyjdzie więc kupno tej książki na allegro czy w księgarni wysyłkowej. Dlatego zawsze prześladuje mnie pytanie – czym różni się wypożyczenie książki z biblioteki od ściągnięcia jej z Internetu? Może każdy z nas powinien zdecydować, czy chce, by jego część podatków przypadająca na utrzymanie czytelnictwa, szła na biblioteki stacjonarne, czy na internetowe?

Nic nie może być też za darmo… Rośnie nam pokolenie osób, którym się wszystko „należy” – i które są zdziwione, gdy ktoś im daje do zrozumienia, że za wykonaną im przysługę należałoby się odwdzięczyć…

Myślę, że złotym środkiem byłoby ustalenie praw autorskich w dwojakim zakresie – komercyjnym i niekomercyjnym. Bezwzględnie prawa autorskie powinny trwać 10 czy 15 lat – i w tym czasie wszelkie pirackie wykorzystanie utworów powinno być niemal niemożliwe – i bardzo surowo karane z urzędu. Po tym okresie domowy, niekomercyjny użytek tych utworów powinien być wolny i niczym nie ograniczony. Utwory te powinny być łatwo dostępne w Internecie – ale tylko na stronach non-profit.

Natomiast prawa do komercyjnego wykorzystania utworów powinno następować tak, jak teraz – po 70-ciu – lub nawet po 100 latach. Nie powinno być przecież tak, że ktoś zarabia bardzo duże pieniądze wykorzystując za darmo pracę innych twórców, który w tym samym czasie żyją w biedzie, prawda? To samo tyczy się ich bliskich – dzieci czy wnuków – na których pomyślności przecież często zależy im jeszcze bardziej, niż na własnej…

Ostatnio często słychać o wolnej kulturze w kontekście konfliktu między jej zwolennikami a działaniami rządów starających się utrzymać, czasem w dość niejasny sposób, kontrolę nad dobrami kultury. Mam czasem wrażenie, że najmniej mają tu do powiedzenia sami zainteresowani – autorzy, gdzie to od ich woli powinno zależeć przejście ich dzieł do domeny publicznej, i to oni powinni określać zasady, na jakich można korzystać z ich dzieł. Jaki jest Twój stosunek do tego, jako użytkowniczki Wikiźródeł, z jednej strony współtworzącej wolną kulturę, z drugiej strony osoby mającą pewien szacunek do prawa autorskiego?

Na głębszym poziomie myślenia uważam, że możliwość ekspresji, tworzenia, nie jest pracą, lecz przywilejem. Kiedyś ten przywilej był dany nam wszystkim – każdy rzemieślnik mógł wyrażać siebie poprzez swoją pracę, wykonywać ją na swój sposób i nadawać jej piętno własnej indywidualności. Ale później nastała era przemysłowa… Nastąpił podział na tych, którym dana jest radość tworzenia, odzwierciedlania siebie, rozwoju własnej osobowości – i tych, którzy wykonują pracę wtórną, odtwórczą – niewdzięczną, niewolniczą, nie dającą satysfakcji ani rozwoju, taką, przy której nasza dusza się nudzi – i czuje się wykorzystywana, nieszczęśliwa, wpuszczona w pułapkę bez wyjścia. Nie ma w tym zbyt wielkiego przełożenia na pieniądze, choć, naturalnie, lepiej jest cierpieć w luksusie. A jeszcze lepiej tworzyć, realizować się – i jeszcze mieć za to niebotyczne wynagrodzenie. Dla mnie to, że zostaliśmy przy urodzeniu obdarowani szczególnymi zdolnościami, talentami nie jest powodem do wywyższania się, a raczej moralnym obowiązkiem do wykorzystania tego daru ku pożytkowi innych, mniej obdarowanych istot.

To, że urodziliśmy się ze sprawnym, bystrym rozumem lub z wyjątkowym talentem, nie jest żadną naszą osobistą zasługą, zdobyczą czy zaletą – dlatego kłóci się to we mnie z komercyjnym wykorzystaniem tego zrządzenia losu. Podoba mi się np. postawa Ossowieckiego, który pracował zawodowo jako inżynier, a ukryte talenty wykorzystywał tylko niezarobkowo. Może wszyscy powinniśmy codziennie wykonywać trochę czarnej i trochę twórczej pracy? Może wtedy bylibyśmy mniej sfrustrowani i szczęśliwsi? To utopia, naturalnie, ale za to jaka piękna…

Z drugiej strony – skoro uważamy, że twórcy mają tak dobrze, nikt nam nie zabrania przecież tak, jak oni – porzucić niewdzięczną, lecz dającą bezpieczeństwo pracę – i spróbować tego miodu. Zdarza się nam zazdrościć przywilejów nauczycielom, policjantom, górnikom czy artystom – ale przecież my też mogliśmy sami zostać przedstawicielami tych wspaniałych zawodów.

W związku z tym szukałabym kompromisu pomiędzy ideami a twardym życiem. Istnieje ZAiKS, który rozdziela wpływy z publicznego użycia dzieł muzycznych. Może należałoby zlecić mu podział środków z użycia materiałów bibliotecznych? Jest także kwestia książek osieroconych… Może potrzebna jest nam ustawa, która uregulowałaby pracę zgłoszenia dzieła do listy dzieł osieroconych – a w przypadku, gdy w ciągu trzech lat nie zgłosiłby się właściciel, dzieło trafiłoby do domeny publicznej? Podoba mi się także idea, wg której każde dzieło, które zostałoby stworzone, za odpowiednią zapłatą, bądź w darze na potrzeby państwa – przechodziłoby od razu do domeny publicznej w zakresie niekomercyjnego użycia.
Licencja Creative Commons

Ten wywiad jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.

Komentowanie nie jest możliwe

„Nie wszystkie prawdy są dla wszystkich uszu.” (Umberto Eco „Imię róży”)

Sierpień 28, 2010

Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to, co skuteczne ad hoc, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne, a spychać na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Ta tendencja jest stara. Nowe jest to, że nie umiemy się jej przeciwstawić. W XIX w. był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś.

Tadeusz Gadacz Nie ma szczęścia bez myślenia, „Polityka” wydanie specjalne, 6/2010.

fascynacja (łac. fascinatio ‚zaczarowanie; oczarowanie’ od fascinare ‚czarować’. ) – oczarowanie, olśnienie, urok, urzekający wpływ.

Pamiętam kolegów mojego ojca, wyciągających z szuflad stare klasery z takim namaszczeniem, jakby Najświętszy Sakrament wyjmowali. Mogliśmy jedynie oglądać, jak przewraca strony i opowiada o każdym z tych obiegowych , postemplowanych znaczkach całe historie, od kogo przysłany, za co wymieniony, jak długo szukany. Układane seriami. Między nimi puste miejsca na te wciąż poszukiwane. Inni walczyli zaciekle z żonami o kolejną szufladę na kartony z pocztówkami. Pamiętam błysk ich oczu, czułość ręki wygładzającej i czyszczącej z kurzu skarby. Te pijane radością spojrzenia zaczarowanych „dorosłych dzieci”.

Pamiętam, jak pierwszy raz trzymałem w dłoni modlitewnik z XIX wieku, jak patrzyłem na te pozłacane brzegi, metalowe rogi i klamrę, jak sprawdzałem zapach starych wieków. I wiem jak dziś patrzę na szwedzkie wydanie Biblii z 1876 roku. Nie rozumiem ani jednego słowa, ale czytam, każdą literę tego specyficznego gotyckiego pisma. I wącham karty tak jak kwiaty zebrane i podtykane mi pod nos przez córki. Wtedy panuje cisza niczym niezmącona, czar przenosi mnie w jakieś nieokreślone miejsce, w moje własne wonderland.

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się ze skrybami w „Imieniu róży” Umberto Eco. Wyobrażałem sobie ich żmudną pracę, jakże wtedy trudną. Wyobrażałem sobie jak wręcz malują te książki, każdą pojedynczą literkę. Już wtedy urzekały mnie inicjały. Czy „dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały”? (Bernard z Morlay)

Dziś urzekają mnie zaczarowani ludzie, kolekcjonuję osoby zafascynowane, czymkolwiek, poświęcający każdą wolną chwilę na swój magiczny świat. „Badaj twarze, nie słuchaj tego, co mówią usta” (Umberto Eco „Imię róży”). Więc zbieram, badam, przewracam ludzkie kartki, błysk zauroczonych oczu, efekty ich pracy. Szanuję,  podziwiam ich i cieszę się jak dziecko gdy osiągną coś, czego ja nie potrafię, bo to mnie urzeka, czaruje, fascynuje i jako intelektualnego pasożyta karmi.

Może dlatego w dzisiejszym szybkim świecie, gdzie nie ważne jak, byle szybko coś zrobić, byle łatwiej i taniej, byle przejść do następnej edycji, fascynują mnie „szare eminencje” Wikiźródeł, przepisujące stronę za stroną, poprawiające wielokrotnie inicjał, bo rozmiar czcionki nie jest jeszcze zbliżony do skanu. Bo to co skuteczne, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne spycha na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Bo pojawił się we mnie humanistyczny deficyt. Bo gdy „nocne WYPYCHANIE PTAKÓW” i „nocne KURSY STENOGRAFII” trwają, wiem że nie pojedzie zaczarowana dorożka bez zaczarowanego dorożkarza i zaczarowanego konia.

Komentowanie nie jest możliwe

W polskich Wikiźródłach uruchomiono 100 projektów Proofread

Sierpień 24, 2010

wrzawa oklasków, stukania butów o parkiet, poklepywania po plecach, okrzyków i winszowań
Usiądźcie proszę.
Nie zaprzeczam, jest to powód do radości i gratulacji, gdyż 100, gdyż proofread, gdyż tak niewielu tak wiele zrobiło. Także dlatego, że Wikiźródła stają się coraz ciekawsze, coraz bardziej urozmaicone, że na naszych półkach coraz to ciekawsze pozycje.
Z racji tego, iż niejednokrotnie miałem okazję świętować okrągłe rocznice (dziesiątki, setki, a i tysiąclecie jakieś po drodze się trafiło), pozwolę sobie entuzjazm pozostawić innym, a samemu trącić lekką nutką cynizmu. Taka mała pęknięta świeczka na torcie.
Liczba 100 przypomina mi zasadę, iż nie w ilości lecz w jakości siła, że nie sztuką jest uruchomić, zeskanować, ściągnąć i przesłać pliki. Sto „uruchomionych” lecz nie „zakończonych” projektów przypomina mi o ogromie pracy i odpowiedzialności za projekt.
Ogrom pracy, gdyż Wikiźródła nadal chronicznie cierpią na brak sił roboczych, a digitalizacja to nie jedynie przepisywanie i korygowanie przepisywanych tekstów, to także wielogodzinne rozmowy IRCowe, dyskusje na Skryptorium, czy „łamanie głów” nad problemem technicznym, prawidłowym układem stron lub sposobem wstawienia liter współcześnie już w alfabetach nie istniejących. Ostatnio coraz częściej daje też znać o sobie brak stałej, „technicznej” opieki, czuwającej nad projektem. Nie mam zamiaru ujmować tu osobom dotychczas pomagających w kwestiach technicznych, lecz mam na uwadze fakt, że są to osoby zaangażowane także w inne projekty i ich czas i możliwości nie zawsze pozwalają być im obecnym „na żądanie”.
Setny projekt to też dla mnie znak odpowiedzialności, bo nie sztuka uruchomić nawet tysięczny czy milionowy, a następnie pozwolić mu uschnąć. Straciłaby na wartości cenna praca garstki skrybów, którym w sierpniu udało się zamieścić kompletny tekst „Boskiej komedji” Dantego, gdybyśmy na tym poprzestali. Pozostało jeszcze wiele stron do uwierzytelnienia, nie jedynie kliknięciem na odpowiedniej zielonej ikonce, lecz przez sumienne sprawdzenie przepisanego tekstu ze źródłem. Tak, jak każda wprowadzana strona winna budzić w nas odpowiedzialność za naszą pracę.
Siła polskich Wikiźródeł to nie ilość beztrosko wprowadzonego tekstu, stron, projektów, „bo i tak jeszcze dwie osoby co najmniej po mnie muszą to sprawdzić”. Siłą i reklamą Wikiźródeł może być jedynie jakość naszej pracy, nawet pojedyńczy projekt, uruchomiony i zakończony tak, jak przystało na książkę, „od deski do deski”.

Komentowanie nie jest możliwe

Wikiźródła, czym są i w jakim celu? Próba odpowiedzi na pytania nie tylko czytelników.

Sierpień 16, 2010

Przyszło mi, jako jednemu z najmłodszych stażem redaktorów, napisać tę notkę. Można powiedzieć, że nie jest potrzebne tłumaczenie, po co i dlaczego Wikiźródła, wystarczy odesłać do odpowiedniej podstrony Pomocy. Jednak najczęściej spotykam się z tym pytaniem właśnie od wikipedystów i wikiskrybów.
Wikiżródła mają na celu zebranie i stworzenie zbioru wolnych tekstów źródłowych za pomocą stron Wiki (dla niewtajemniczonych to specyficzne strony internetowe, które można nie tylko oglądać, ale też tworzyć, edytować i zmieniać za pomocą przeglądarki internetowej umożliwiające wspólną pracę wielu użytkowników).
1. Dlaczego tracimy czas na przepisywanie i korektę skanów, dlaczego przepisujemy tekst z plików w formacie PDF? Przecież wystarczy zamieścić odpowiednie skany dokumentów na Wikimedia Commons i czytelnik sam ściągnie lub przeczyta sobie teksty, których poszukiwał. Jednak osoba ta nie będzie mogła bez żadnych problemów wykorzystać tych materiałów. Z naszych stron użytkownik może wydrukować, skopiować, ściągnąć teksty szybko i bez obaw, że łamie prawa autorskie. Nauczeni ostatnio doświadczeniem przy kłopotach ze „Słownikiem geograficznym Królestwa Polskiego…” (patrz Teukros’s Blog „O pewnym słowniku”) oraz beztroską z jaką internetowe biblioteki cyfrowe zamieszczają i opisują skany tekstów, jesteśmy bardzo czujni przy dodawaniu materiałów.

Teksty ze skanów są często nieczytelne. Na Wikiźródłach nad tekstem, nad konkretną stroną, pracują minimum trzy osoby. Służy to temu, by tekst był wiernie przepisany, by uniknąć błędów. Dzięki temu też jest łatwiejsze odczytanie fragmentów „wątpliwych”. Może się posunę trochę za daleko, ale przepisywanie tekstów pozwala nam też na drobne, w miarę na nasze możliwości oraz z wyczuleniem na wierne oddanie tekstu, opracowanie w formie dodania przypisów, dotyczących czy to błędów w druku, czy wyjaśnienia słów dziś nie istniejących lub zanikających w języku polskim.
2. Dlaczego wciąż ta staropolszczyzna, wstawcie jakiegoś Dumas’a, Verne’a. Tu znów pojawia się problem prawa autorskiego. Prawo to dotyczy każdej formy działalności pisarskiej, także opracowań i tłumaczeń. Ściślej to ujmując, żeby dodać bez żadnej odpowiedzialności prawnej i w pełni wolne zasoby na Wikiźródła, wedle prawa w Polsce musi minać minimum 70 lat od śmierci nie tylko autora, lecz także autora wstępu, opracowania, tłumacza. Także od śmierci autora listu zamieszczonego w tekście w formie cytatu. W ostatnich dniach poszukiwaliśmy pilnie daty śmierci Leona Kozłowskiego, autora listu zamieszczonego w „Elegiach i innych pismach literackich” Stefana Żeromskiego. Ku naszej radości autorem był nie premier II Rzeczpospolitej, a znacznie starszy krytyk literacki.

W związku z tym nawet tłumaczenie literatury obcojęzycznej będzie trącić co najmniej lekko staropolszczyzną.
3. Dlaczego wobec tego nie tłumaczymy sami tekstów na współczesną polszczyznę? To wynika z założeń tego projektu. Zbieramy i tworzymy zbiór wolnych tekstów źródłowych. Naszym celem jest wierne oddanie tekstu źródłowego. Umożliwia to czytelnikom sięgnięcie do tekstu takiego, jakim był pierwotnie. Pozwala na ubogacenie swojego języka (tu naprawdę będę walczył jak lew – staropolszczyzna wg mnie ubogaca a nie zubaża dzisiejszy, jakże przesiąknięty anglicyzmami język). Uniemożliwia to natomiast tak zwaną „radosną twórczość własną” potencjalnych tłumaczy i zapobiega związanej z tym dodatkowej korekcie tekstów tłumaczonych. Dozwolone są co prawda tłumaczenia wikiskrybów, lecz pilnujemy by dotyczyły tekstów które nie były dotąd tłumaczone na język polski.

Komentowanie nie jest możliwe